sobota, 24 lipca 2021

Rozdział 2

 

,,Czy jest możliwe, żeby znał mnie ktoś jeszcze poza Tobą?” spytałam Jake’a, gdy on obserwował jak uderzam w worek treningowy, który stał w rogu sali treningowej.

,,Twojego ojca znają wszyscy. Jednak nie sądzę, żeby byli w stanie Cię rozpoznać. Szczególnie po tak długim czasie, jego nieobecności. A dlaczego pytasz?”

,,Tak po prostu” odparłam, stwierdzając, że to co wydarzyło się na śniadaniu pozostawię dla siebie.

,,Te młodziak!” usłyszałam wołanie i zobaczyłam zmierzającego w moją stronę Rodger’a, z wściekłą miną.

Jake w przeciągu sekundy stanął przede mną, piorunując mężczyznę wzrokiem. Twarz Rodger’a jakby złagodniała i zatrzymał się w pewnej odległości.

,,Jakiś problem?” spytał Jake spokojnym głosem.

Byłam święcie przekonana, że gdyby Rodger chwycił Jake’a to zrobiłby mu krzywdę. Jednak ku mojemu zdziwieniu mężczyzna zasalutował, spoglądając prosto w oczy mojego opiekuna.

,,Mamy pewne sprawy do wyjaśnienia poruczniku”

,,Jeśli są bardzo ważne możesz je załatwić ze mną. Jeśli nie, nie życzę sobie, żebyś zawracał dupę mojemu podopiecznemu” warknął Jake, a ja poczułam jak na całym moim ciele pojawia się gęsia skórka.

Obserwowałam jak wszystkie mięśnie, na jego odkrytym ciele napinają się. Jake zacisnął dłonie w pięści. Rodger jakby odrobinę się spłoszył, jednak nie opuścił wzroku.

,,Proszę odmaszerować plutonowy Jackson” rozkazał Jake.

Obserwowałam jak postawny mężczyzna odwrócił się na pięcie i widocznie wściekły wyszedł z budynku.

,,Jesteś tutaj jeden dzień” powiedział do mnie ,,Jeden dzień a już ktoś chce Ci wpieprzyć. Pilnowanie Cię będzie cięższe niż się spodziewałem” westchnął, drapiąc się po karku.

,,Jesteś porucznikiem, on plutonowym, a ja?” spytałam z ciekawości.

,,Ty jesteś zwykłym szeregowym” odparł uśmiechając się z ulgą, zapewne spowodowaną tym, że obecność tego dzikusa niespecjalnie mnie przestraszyła.

,,Może kiedyś zajmę twoje miejsce” wyszeptałam, a on wybuchnął głośnym śmiechem.

W trakcie gdy on próbował się uspokoić do budynku weszła duża grupa nowicjuszy takich jak ja. Jake od razu przybrał kamienny wyraz twarzy i zasalutował, a ja szybko poszłam w jego ślady.

,,Kapitanie Uley” powiedział.

,,Jake jak Cię zaraz trzasnę. Jeszcze raz mi zasalutujesz, to popamiętasz” zaśmiał się mężczyzna i poklepał mojego opiekuna po plecach.

,,A Ty to zapewne ta nowa niedorajda” przywitał się ze mną, wyciągając w moją stronę dłoń.

Uścisnęłam ją niepewnie, przypominając sobie że mężczyzna stojący przede mną, to najlepszy przyjaciel mojego ojca.

,,Do worków” wrzasnął, a ja aż podskoczyłam.

Gdy wszyscy zniknęli z zasięgu wzroku, kapitan uśmiechnął się do mnie.

,,Cały tata” westchnął i odszedł, pozostawiając mnie w pełnym szoku.

Jake zaśmiał się tylko po czym zapędził mnie z powrotem do ćwiczeń. Uderzając tak w worek poczułam dziwny przypływ złości. Zaczęłam to robić coraz szybciej i coraz mocniej, aż w pewnym momencie poczułam jak Jake jednym, zdecydowanym ruchem, zaciska dłonie na moich nadgarstkach. W tym momencie otrzeźwiałam i zobaczyłam ślady krwi na worku.

,,Oj głupia głupia” westchnął.

W tym momencie, gdy adrenalina odrobinę opadła, poczułam uderzenie bólu, tak mocnego, że musiałam kucnąć. Po moich knykciach latała się krew, powoli spływając na nadgarstek i przedramię.

,,Podnieś rękę do góry i trzymaj. Zaraz wrócę z apteczką” rozkazał Jake i wybiegł z budynku.

Widok krwi nie robił na mnie wrażenia, ja wiecznie miałam coś podrapane. Ale ból jaki temu towarzyszył był okropny.

,,Siadaj” powiedział Jake, otwierając apteczkę.

Przymknęłam oczy opierając głowę o ścianę za mną, czując jak Jake wbija mi igłę do obu dłoni, po czym zawija je bandażami.

,,Co mi dałeś?” spytałam niepewnie, czując jak ból mija w kilka milisekund.

,,Specjalne środki. Leczą rany sto razy szybciej, dają momentalną ulgę od bólu” tłumaczył sprzątając.

,,To co wracamy do ćwiczeń?” spytałam.

,,Nie. Twoje ręce będą sprawne dopiero jutro. Teraz jeśli chcesz możemy poobserwować jak nowi radzą sobie na ringu. Jak tylko uda mi się Ciebie trochę lepiej podszkolić, to będziesz musiała do nich dołączyć” powiedział, popychając mnie delikatnie do przodu.

Stanęłam obok niego, przyglądając się pracy nóg dwóch mężczyzn, którzy prezentowali walkę.

,,Jake” ucieszył się kapitan ,,Może wejdziesz tam i pokażesz co to jest prawdziwa walka”

Mężczyzna uśmiechnął się, chwycił dwie taśmy, którymi owinął sobie dłonie i wskoczył na ring.

,,To ma być czysta gra chłopcy. Żadnych uderzeń poniżej pasa” ostrzegł kapitan.

Obserwowałam każdy krok Jake’a, każde uderzenie. Jego precyzja była tak niesamowita. Starałam się nie otwierać ust ze zdziwienia, ale po chwili zauważyłam, że wszyscy to robią. Już po kilku chwilach przeciwnik porucznika upadł na deski, a Jake wycofał się. Spojrzał w moją stronę i uśmiechnął się, dysząc ciężko.

,,Może nasz najnowszy najsłabszy nabytek chce wejść?” usłyszałam głos Rodgera ,,Najlepiej z najsłabszym z rekrutów”

Spojrzałam na niego wściekłym wzorkiem, po czym skierowałam oczy na Jake’a. Wyraz jego twarzy już nie był taki przyjemny.

,,Może George. Widziałem jak uderzał w worek, nie zrobi nowemu krzywdy” dodał po chwili, mężczyzna uśmiechając się złośliwie.

Mimo, że wściekły Jake próbował mnie powstrzymać weszłam na ring. Pozwoliłam, żeby jakiś chłopak owinął mi dłonie specjalnymi taśmami i stanęłam oko w oko, z dość dobrze zbudowanym chłopakiem. Właśnie w tamtym momencie zdałam sobie sprawę jaką głupotę robię. Rzuciłam ukradkowe spojrzenia na mojego opiekuna, który stał wściekły niedaleko, aby w każdej sekundzie mieć możliwość przerwania walki.

,,Start!” usłyszałam głos i zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, poczułam jak pięść mojego przeciwnika zderza się z moim policzkiem.

Zatoczyłam się kilka kroków do przodu i jakby oprzytomniałam. Podniosłam gardę, przyglądając się przeciwnikowi, próbując sobie przypomnieć cokolwiek z tego co mówił mi tata, kiedy uczył mnie samoobrony. Mówił żebym obserwowała nogi przeciwnika, którą nogę wystawia do przodu, czy robi krok zanim padnie cios. Zanim jego pięść znów zderzyła się z moją twarzą, zdążyłam zrobić unik i uderzyć go w żebra, czego następstwem był potworny ból dłoni. Jake już chciał coś powiedzieć, ale usłyszałam jak kapitan mu przerywa. Mój przeciwnik się zachwiał, odrzucając dłonie do tyłu, a ja ostatkiem sił, próbując nie myśleć o tym jak bolą mnie ręce, podniosłam nogę i kopnęłam go prosto w brzuch. A przynajmniej taki miałam zamiar, bo George złapał moją nogę i już po chwili, dość boleśnie zderzyłam się z deskami. Jęknęłam z bólu, próbując przetoczyć się na bok i dzięki temu uniknęłam kolejnego ciosu. George zgiął się nade mną aby zakończyć tą walkę, ale ja podniosłam obie nogi i kopnęłam go z całej siły w klatkę piersiową. Chłopak poleciał kawałek do tyłu i upadł z trzaskiem na ring. Zaczęłam głośno oddychać, czując ból w klatce piersiowej i szczęce po uderzeniu.

,,Koniec!” wrzasnął kapitan.

Kilka osób wbiegło na ring. Część z nich podbiegło do mojego przeciwnika, a Jake i jeszcze dwóch chłopaków znalazło się obok mnie. Od razu poznałam Tom’a i Steven’a.

,,,Żyjesz?” spytał ten ostatni, w trakcie gdy Jake sprawdzał moją szczęka, która dzięki bogu była w całości.

,,Chyba tak” przyznałam, a oni się zaśmiali.

,,Sądziłem, że George skopie Ci tyłek, a on też leży” zaśmiał się Tom.

Po chwili jednak przestali żartować, gdy zobaczyli zakrwawione bandaże na moich dłoniach. Szybko zaczęli je ściągać i zawijać nowymi, w trakcie gdy Jake pomógł mi usiąść. Obserwowałam jak trzech chłopaków, pomaga wstać George’owi.

,,Wstawaj” poprosił Jake, chwytając mnie pod rękę.

Podeszła do George’a uśmiechając się i chciałam uścisnąć jego dłoń, ale myśląc o tym jak mnie bolą przybiłam mu łokieć, co wywołało śmiech na Sali.

,,Jake weź młodego do lekarza, niech lepiej obejrzą te dłonie, czy coś nie jest uszkodzone” zwrócił się do porucznika kapitan.

Jake spojrzał na mnie i machnął głową w stronę wyjścia z budynku. Ruszyłam posłusznie za nim czując pulsujący ból obu dłoni i klatki piersiowej. W całkowitej ciszy dotarliśmy do szpitala. Jake kazał mi usiąść na krześle i zaczekać, a sam wyszedł z gabinetu w poszukiwaniu lekarza. Gdy w dwójkę weszli do środka, mój opiekun zamknął drzwi na klucz.

,,Lekarz musi obejrzeć twoją klatkę piersiową. Czy żadne żebro nie jest naruszone” powiedział.

,,Poproszę pana poruczniku o wyjście i odrobinę prywatności” zwrócił się do niego lekarz, a ja w duchu mu za to bardzo dziękowałam.

Po szybkim badaniu, lekarz podał mi zastrzyk i założył nowy opatrunek na moje dłonie.

,,Musisz uważać. Te rany zasklepią się do jutra, ale nie jest powiedziane, że przy mocnym uderzenie znów się nie otworzą” upomniał mnie lekarz.

,,Będę uważała” obiecałam, czując jak ból w klatce piersiowej i dłoniach powoli ginie.

Jake chwycił mnie pod ramie pomagając mi wstać z kozetki, pożegnał się z lekarzem i ruszyliśmy z powrotem do jego kwatery.

,,Co Cię nawiedziło, żeby wchodzić na ten ring?” spytał, ale widziałam jak wiele go kosztowało żeby zachować spokój.

,,Wyzwał mnie. Miałam pokazać, że jestem słaba?” odparłam, siadając, przy czym skrzywiłam się delikatnie.

,,Mógł Ci zrobić poważną krzywdę głupia” powiedział, opadając obok mnie.

,,Ale żyje. Trafiłam go kilka razy” uśmiechnęłam się dumnie.

,,Oj głupia. Całe szczęście, że nic Ci nie jest. Teraz się przebierz, bo masz bluzkę cała od krwi i idziemy na obiad” westchnął i podszedł do półki, żeby rzucić mi czystą koszulkę.

Gdy zaczęłam się przebierać, on odwrócił się do ściany, co wywołało mój cichy chichot. Byłam przyzwyczajona do braku prywatności. W domu, w którym jest piątka ludzi i dwa pomieszczenia nie ma czegoś takiego. Prywatność to luksus dla bogaczy. Gdy już byłam gotowa, ruszyliśmy powoli do budynku, przed którym już zebrał się niemały tłum.

,,Co się dzieje?” spytał Jake, jakiegoś żołnierza.

,,Sam nie wiem Jake. Za dużo nowych i torują” odparł mężczyzna, odgarniając włosy z irytacją ,,A to nasz nowy zabytek” zainteresował się mną, oglądając mnie od stóp do głów.

,,Słyszałem, że już komuś wprałeś. No i oczywiście, że Rodger na Ciebie poluje” zaśmiał się.

,,Niech tylko spróbuje” warknął Jake, szokując tym żołnierza stojącego obok ,,Co się tam do chuja dzieje!?” wrzasnął, przedzierając się przez tłum.

Nie trwało to długo a Jake wrócił, wyrzucając przed budynek jakiegoś chłopaka.

,,Jak masz jakiś problem to porozmawiaj z kimś swoich rozmiarów, a nie pieprzonymi świeżakami!” wrzasnął, kopiąc żołnierza.

,,Nie będę pozwalał, żeby jakiś nowicjusz łypał na mnie z byka” odpowiedział, zasłaniając się jak mógł.

Kilku znajdujących się obok mnie mężczyzn, postury Jake’a, ruszyło powoli w jego stronę, gotowych zareagować.

,,Czyli można go zlać tak?” spytał Jake, a ja widziałam jak żyłka na jego czole zaczyna pulsować.

Mężczyzna już wystawił pięść aby uderzyć mężczyznę, ale w tym momencie dwóch innych złapało go i odciągnęło od leżącego. Odprowadzili go do innego budynku, a ja zostałam całkiem sama.

,,Dobry Mulan” usłyszałam szept w uchu i podskoczyłam.

Odwróciłam przerażona głowę i natrafiłam na wzrok Tom’a, a za nim stali Steven, John i Bred uśmiechali się do mnie.

,,Boże nie strasz” warknęłam.

,,Gdzie pułkownik?” zainteresował się John.

,,Przed chwilą go gdzieś odprowadzili bo się wkurzył na jakiego debila, który pobił nowicjusza. Dlatego jest taka kolejka na stołówkę” wyjaśniłam, robiąc krok za krokiem do przodu.
















środa, 21 lipca 2021

Rozdział 1

Spojrzałam na swoje poranione dłonie, bród pod paznokciami i westchnęłam ciężko. Wracając z fabryki jak co dzień, wśród tłumu ludzi, myślałam tylko o przeraźliwym bólu stóp i zmęczeniu rąk. Każdy krok wydawał się cierpieniem, czułam jakbym chodziła po rozżarzonych węglach. Gdy moim oczom nareszcie ukazał się dom, odetchnęłam z ulgą. Otworzyłam drzwi i zamknęłam je jak najciszej, niepewna czy dzieciaki nie będą już spały. Pierwsze co poczułam gdy ruszyłam w głąb domu, to przyjemny zapach świeżo pieczonych bułek, które mama piekła raz w tygodniu, aby w porównaniu do reszty mieszkańców miasteczka zaoszczędzić na pieczywie.

„Jak się czujesz kochanie?” spytała mama obserwując mnie, gdy po cichu zajęłam miejsce przy stole.

„Dobrze mamo” uśmiechnęłam się, próbując nie pokazać jej jak bardzo zmęczona i obolała jestem. Ale po jej minie widziałam, że ona wie.

„Kochanie tak bardzo się dla nas poświęcasz odkąd taty nie ma. Powinnaś korzystać z najlepszych lat życia, ze swojej młodości, a w zamian utrzymujesz całą naszą piątkę”

„Nie przejmuj się mamo” odparłam kładąc dłoń na jej leżącą na blacie.

Gdy tak rozmawiałyśmy nagle światło reflektorów padło na nasze kuchenne okno i dało się słyszeć ryk silników.

„Idź do dzieci mamo” poprosiłam gdy usłyszałam jak jedno z aut parkuje na żwirowej drodze przed naszym domem.

„Kochanie...”zaczęła mama, ale przerwałam jej.

„Idź i pod żadnym pozorem nie wychodź. Choćby nie wiem co się działo” poprosiłam i obserwowałam jak patrząc na mnie smutnym i przerażonym wzrokiem moja rodzicielka zamyka drzwi.

Gdy moich uszu doszło donośne pukanie ruszyłam w stronę drzwi. Uchyliłam je delikatnie i moim oczom ukazał się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, uzbrojony właściwie po same zęby, trzymający w dłoniach naładowany karabin. Zapewne zastanawiacie się co się działo, a więc zacznę od początku. Mam na imię Clarisa Holland. Mieszkam na pochmurnym, północno-wschodnim wybrzeży Ameryki Północnej, w małym miasteczku. Moi rodzice wywodzili się z biedoty, lecz ojcu udało dostać się do wojska, gdzie został dowódcą jednego z oddziałów. W armii nie wspominał nic o swojej rodzinie, tak więc nikt poza jego najbliższymi współpracownikami nawet nie wiedział o naszym istnieniu. Gdy półtorej roku temu wyruszył na misje, czułyśmy z mamą, że coś się stanie. Ojciec nigdy nie wrócił z tej misji. I wtedy, jako że w domu zostałam tylko ja, mama, pięcioletnie bliźniaczki Zafrina i Jackie oraz wtedy zaledwie dwumiesięczny Toby, postanowiłam zrobić to o co zawsze prosił mnie ojciec i zająć się rodzinom. Odkąd pamiętam powtarzał mi, że jeśli jego zabraknie to muszę mu obiecać, że nie pozwolę głodować mamie i rodzeństwu. Gdy zginął miałam szesnaście lat, więc mogłam się już zatrudnić w fabryce broni dla naszego wojska. Właścicielem był stary przyjaciel ojca, który zawsze dorzucał mi kilka dodatkowych groszy do cotygodniowej wypłaty. Mieszkałyśmy w biednej części miasteczka, więc wojsko nigdy nie przyjeżdżało do nas w poszukiwaniu rekrutów. Ludzi z moich okolic nazywali ,,niezaciągalnymi”. Gdy już się tutaj pojawiali zabierali ze sobą najsilniejszych chłopców i mężczyzn, bezlitośnie wyszarpując ich z domu. Gdy otworzyłam drzwi temu żołnierzowi, nigdy nie spodziewałam się takiego a nie innego obrotu spraw.

„Czy w domu jest jakiś mężczyzna?” spytał wpychając mnie delikatnie do środka i zaczął się rozglądać, lustrując wzrokiem wszystkie pomieszczenia po drodze.

„Nie ma. Tata zmarł półtorej roku temu” odparłam.

„Nie masz brata?” dopytywał, przyglądając mi się uważnie.

„Mam” powiedziałam szczerze, a jego oczy rozbłysły „Ale nie ma jeszcze dwóch lat” dodałam po chwili, zauważając jak uśmiech znika z jego twarzy.

„A ty ile masz lat?”

„Osiemnaście”

„Musisz mi wystarczyć” warknął i chwytając mocno moje ramie pociągnął mnie w stronę wyjścia.

„Co Pan wyprawia?!” krzyknęłam, próbując się wyrwać, ale on oczywiście był o wiele silniejszy.

„Nie odzywaj się dopóki Ci nie pozwolę, nie podnoś głowy, nie patrz na nikogo” powiedział pół szeptem kierując się w stronę wozu.

Kierowca widząc nas odpalił od razu silnik. Żołnierz wepchnął mnie na pakę wozu, wskakując od razu za mną. Ostatnie co zobaczyłam zanim mój dom zniknął mi z oczu, to przerażoną mamę wybiegając na podjazd, trzymając w ramionach Toby'ego.

„Proszę mi wytłumaczyć co tutaj się dzieje” warknęłam w stronę żołnierza.

„Potrzebujemy ludzi do wojska, a tu byłaś moim ostatnim kołem ratunkowym” powiedział i ściągnął maskę zasłaniająca mu twarz. Moim oczom ukazał się przystojny mężczyzna, znacznie młodszy niż mógłby na to wskazywać jego głos.

„Ale ja jestem dziewczynom. Do wojska mogą iść tylko mężczyźni” odparłam, zastanawiając się czy nie jest on jakimś szaleńcem.

„Zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Jednak Twoje krótkie włosy oraz brak...”zaczął zjeżdżając wzrokiem na moją klatkę piersiową. Nie wytrzymałam i zanim zdążyłam się powstrzymać uderzyłam go w twarz. Mężczyzna zszokowany spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam iskierki złości.

„Będzie łatwo przekonać wszystkich, że jesteś chłopakiem. Jednak o wyjątkowo kobiecej urodzie. Jeśli to się wyda zabiją nas oboje, więc nie spaparaj tego” rzucił i wyskoczył z auta gdy zatrzymaliśmy się przy kolejnym domu. Już po kilku minutach wrócił, wpychając z całej siły na pakę chłopaka, którego pamiętałam z podstawówki. Jego twarz świeciła od łez, a gdy zwinął się w kącie, podkurczając nogi dalej cicho pochlipywał.

„Do bazy” rzucił do kierowcy przez małe okienko i sam usiadł z samego tyłu wozu, żeby mieć pewność, że żadne z naszej dwójki nie będzie chciało wyskoczyć z wozu.

„Clari?” usłyszałam cichy głos. Tak cichy, że nie dosięgnął uszu żołnierza, a przynajmniej tak mi się wydawało. Usiadłam bliżej chłopaka, tak aby móc zamienić z nim kilka szybkich słów.

„Co Ty tutaj robisz?”

„Wyciągnął mnie siłą z domu. Jest przekonany, że mogę udawać chłopaka. Czy ja przypominam mu Mulan, albo coś?” spytałam, czym udało mi się wywołać u Paul'a (bo tak brzmiało jego imię, które dzięki Bogu przypomniało mi się w tym momencie) chociaż cień uśmiechu.

„Nie możesz dać się zabić Clari”

„Wiem” odparłam opierając głowę o ścianę wozu „Ale ja nie martwię się o siebie, tylko o mamę i dzieciaki, które zostały teraz bez pieniędzy”

„Nimi się nie przejmuj, wszyscy im pomogą gdy się dowiedzą co się stało” próbował mnie pocieszyć, kładąc dłoń na moje przedramię.

„Mam nadzieję, że nie zostaną same, bo nigdy nie będę mogła sobie tego wybaczyć” przyznałam i spojrzałam na plecy żołnierza, który spoglądał na masę jadących za nami w sznurku aut. Czułam do niego tak niesamowitą wrogość, nienawiść, świadomość, że jest jedyną osoba na tej ziemi, której nigdy nie polubię i której nigdy nie wybaczę.

„Zaraz będziemy na miejscu” odparł nawet na nas nie patrząc i gdy auto się zatrzymało on wyskoczył na ziemie, po czym spojrzał na nas wyczekująco.

„Pamiętaj, że nie możesz dać się zdemaskować” szepnął gdy przechodziłam obok niego. To wszystko mogłoby się wydawać absurdalne, ale było łatwo mi udawać chłopaka. Miałam bardzo krótko ścięte włosy, ze względów bezpieczeństwa w fabryce, byłam raczej chuda i pozbawiona kobiecych kształtów. Wmówienie komuś, że jestem chłopakiem o wyjątkowo kobiecej urodzie, było banalnie proste.

„Ustawić się w szeregu!” wrzasnął ktoś przy moich uchu tak głośno, że aż podskoczyłam. Ruszyłam truchtem za całą resztą, na sam środek błotnistego placu. Gdy biegłam do moich oczu cisnęły się łzy. Z jednej strony przerażenia, złości, nienawiści, drugiej niesamowitego bólu jaki przeszywał moje stopy. Stanęłam ramie w ramie z jakimś barczystym chłopakiem, a zaraz obok mnie stanął Paul. Krok za nami zatrzymał się nasz oprawca, z poważną miną. Nagle wszyscy żołnierze zasalutowali, co w pośpiechu zaczęliśmy robić również my. W stronę głównego placu zmierzał generał, z grupą dowódców, którzy dokładnie się nam przyglądali.

„Kiedy do Ciebie podejdą przedstaw się imieniem Ted, głośno i wyraźnie” doszedł moich uszu cichy głos żołnierza. Delikatne kiwnęłam głową żeby dać mu znak, że zrozumiałam i obserwowałam każdy krok generała.

„Dziewczyna” nagle rozniósł się szept. Poczułam mocny ścisk w żołądku i mdłości. Po chwili jedyny dźwięk jaki wypełnił moje uszy to wystrzał broni, a następnie przerażająca i trwająca stanowczo za długo cisza. Moje dłonie zaczęły się trząść. Gdy tak próbowałam nie zemdleć, analizując każdy centymetr znajdującego się przede mną budynku, widok zasłonił mi wysoki i krągły mężczyzna.

„Imie” powiedział patrząc na mnie.

„Ted Generale” odpowiedziałam pewnym i donośnym głosem salutując. Mój ojciec kiedyś nauczył mnie salutować, po tym jak zadręczałam go przez tydzień.

„Chuchro z Ciebie” odparł obchodząc mnie dookoła i gdy znów stał przede mną spojrzał na żołnierza, który mnie tutaj przywiózł.

„Jake” westchnął „On nie poradzi sobie na treningach, będziesz się nim musiał zająć osobiście. Wiesz jak ostatnio skończyło takie chuchro na normalnych treningach”

„Zdaje sobie z tego sprawę generale i przejmę całą odpowiedzialność za tego szeregowego” powiedział do teraz bezimienny żołnierz, który nareszcie dzięki generałowi zyskał imię.

„To zabierz go już stąd” machnął rękę i poszedł dalej.

Jake chwycił mnie mocno pod ramie i ruszył w stronę jednego z największych budynków, który znajdował się po naszej prawej stronie. Wepchnął mnie do jednego z pokoi i zamknął drzwi.

„Usiądź” powiedział wyjątkowo spokojnym i miłym głosem. Zrobiłam to o co prosił nie spuszczając z niego wzroku.

Moje dłonie nadal trzęsły się ze strachu, szoku, stresu, ale już po chwili zorientowałam się, że nie tylko one się trzęsły, ale całe moje ciało. Czułam jak zawartość mojego żołądka podchodzi mi do gardła, a ja usilnie próbowałam to wszystko powstrzymać.

,,Będziesz rzygać czy zemdlejesz?” spytał żołnierz, kucając przede mną.

,,Żadne. Chyba” wydukałam, oddychając głośno.

,,Posłuchaj mnie, wiem kim jesteś, nie wybrałem Cię bez powodu. Nie jesteś zwykłą dziewczyną z przedmieścia. Jesteś córką kapitana Hollanda, mojego dowódcy. W trakcie naszej ostatniej misji, jego ostatniej misji, obiecałem mu, że jeśli cokolwiek mu się stanie zaopiekuje się Tobą, że będę Cię chronił” mówił, chwytając moje obie dłonie. 

,,I właśnie dlatego zaciągnąłeś mnie tutaj? Wiedząc, że gdy tylko odkryją, że jestem dziewczyną to mnie zabiją?”

,,Nie tkną Cię. Całe wojsko wie kim jesteś. Kiedy tylko się wyda, nikt nie tknie Cię palcem. Tutaj będziesz miała wszystko czego Ci trzeba…”mówił, ale mu przerwałam.

,,Zostawiłam tam mamę, samą z trójką małych dzieci. To ja ich utrzymywałam rozumiesz!” krzyczałam czując jak po moich policzkach leją się łzy ,,Tylko dzięki mnie miały co włożyć do garnka, tylko dzięki mnie nie umarły z głodu. A teraz zostały same. Całkowicie same”

,,Ludzie kochali twojego ojca. Zarówno w wojsku jak i w waszym sąsiedztwie. Gdy się dowiedzą co się stało, wszyscy im pomogą”

,,Jestem pewna, że nie o to chodziło ojcu, kiedy prosił Cię żebyś się nami zajął” 

,,Wiem, że ciężko Ci zrozumieć to co się stało, ale proszę żebyś położyła się spać, odpoczęła. Jutro gdy wypoczniesz, może inaczej na to wszystko spojrzysz” powiedział, po czym podniósł się i rzucił w moją stronę koszulkę, która oczywiście będzie na mnie wisiała.

Po szybkim prysznicu, wróciłam szybko do łóżka i zakryłam się cała kołdrą. Mówiąc cała, mam na myśli to, że zakryłam nawet głowę. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy, zapewnienia z jego strony. Sam jego widok, przyprawiał mnie o taką złość. Byłam przekonana, że tej nocy nie będę w stanie zasnąć. Jednak odpłynęłam znacznie szybciej niż się spodziewałam. Jednak ta noc nie należała do spokojnych. Już po kilku godzinach obudziłam się, spoglądając przez okno na koszary, które wciąż spowijał mrok. Jedynym źródłem światła, był bardzo mocno świecący księżyc. Odwróciła się na drugi bok, aby spojrzeć wprost na śpiącego na materacu na ziemi Jake’a. Mężczyzna oddychał spokojnie, śpiąc bezruchu. Przez kolejne kilka godzin przewracałam się z boku na bok, licząc na chociaż godzinkę snu więcej. Ale marne były moje nadzieje. Tej nocy nie było mi już dane spać, ani sekundę więcej. Martwiłam się i rozmyślałam, co zawsze kradło mi sen z powiek. Gdy tak leżałam, próbując myśleć o tym, jak cudownie mama sobie ze wszystkim poradzi, usłyszałam trąbkę.

,,Poranne biegi. Ty nie musisz wstawać. Możesz iść dalej spać” usłyszałam senny głoś Jake’a.

,,Potrzebuje się trochę przewietrzyć” odparłam podnosząc się.

Czułam powoli nadchodzący atak paniki. Nie zdarzały się one już od dobrych kilku lat, jednak chyba nadszedł czas na ich niechciany powrót.

,,Wyjdziemy potem” odparł Jake, przewracając się na drugi bok.

,,Ale ja muszę” wyszeptałam, płaczliwym głosem.

,,Nie wkurzaj mnie” powiedział, ale po chwili zaalarmował go mój głośny oddech ,,Ataki paniki?” spytał.

,,Zdarzały się” wydyszałam.

Jake szybko się podniósł i położył dłonie na moje ramiona.

,,Oddychaj głęboko. Teraz wstaniesz, ubierzesz się w leżące na tamtym krześle ubrania i pójdziemy pobiegać” mówił do mnie spokojnym i opanowanym głosem.

Zaczęłam powoli wykonywać jego polecenia, obserwując uważnie otoczenie, mając nadzieje, że to pozwoli mi się opanować. Gdy byłam gotowa wybiegliśmy przed budynek, ruszając powolnym truchtem. Znałam dokładnie całe otoczenie koszar z opowieści mojego taty, które opowiadał mi do snu, w trakcie tych niewielu dni, gdy przebywał z nami w domu. Biegłam oddychając głęboko, czując pot spływający po moim ciele, ale właśnie tego potrzebowałam. Wysiłek fizyczny pomagał mi zapomnieć, odciąć się od wszystkiego. Dawał mi wytchnienie, tak utęsknione.

,,Lepiej?” spytał Jake, gdy zatrzymałam się, opierając dłonie o zgięte kolana.

,,O wiele. Przepraszam, to nie wydarzyło się już od dobrych 4 lat” odpowiedziałam.

,,Nie przepraszaj mnie. Ja też je czasem miewam. Choroba zawodowa” powiedział, a ja prychnęłam, uśmiechając się delikatnie.

Nie mówiąc już nic więcej ruszyłam truchcikiem z powrotem do budynku, prosto do pokoju Jake’a. Po szybkim prysznicy, ubrałam się w przygotowane przez mężczyznę ubrania i skierowałam swoje kroki na stołówkę, do której zmierzali wszyscy. W tłumie wypatrzyłam Paula i podeszłam do niego zdecydowanym krokiem.

,,Cl…” zaczął, ale mu przerwałam.

,,Ted” powiedziałam, przyglądając się mu.

Paul wyglądał na bardzo zmęczonego. Pochodził z dość bogatej rodziny. Jego ojciec był handlarzem, więc nigdy niczego im nie brakowało. Dłonie Paul’a nigdy nie zaznały pracy, nie wiedział co to jest wysiłek fizyczny. Według plotek jakie były rozsiewane po całym miasteczku, przygotowywał się do egzaminu na studia naukowe. Będąc szczera muszę przyznać, że jest ostatnią osobą, której spodziewałabym się w wojsku. Chwyciłam do rąk tacę z podejrzanie wyglądającym jedzeniem i powoli ruszyłam za chłopakiem do stolika. Nie przeszłam jednak wiele, gdy ktoś wpadł prosto na mnie. Poczułam jak tracę równowagę i upadam na podłogę. Cała zawartość tacy wylądowała na moich ubraniach, a ja westchnęłam głośno. Podniosłam się i stanęłam oko w oko, z dość dobrze zbudowanym chłopakiem, który łypał na mnie wściekle.

,,Patrz jak łazisz” warknęłam i przeszłam obok niego, uderzając go barkiem.

Nie wiem co mnie podkusiło. W porównaniu do niego, ja byłam drobniutka, na tyle, że mocniejszy powiew wiatru mógł mnie powalić. Jednak swoje w życiu przetrenowałam z tatą, więc podstawy obrony znałam. Mimo wszystko wiedziałam, że one nic mi nie dadzą.

,,To wojsko całkowicie schodzi na psy” powiedział za mną.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego wściekle. Już miałam coś powiedzieć, gdy wyrósł przede mną Jake.

,,Rozejść się!” wrzasnął.

Cały tłum gapiów zniknął równie szybko jak się pojawił.

,,Oszalałaś?” warknął po cichu ,,Życie Ci niemiłe?”

Nie powiedziałam nic, tylko wróciłam do kolejki po jedzenie, wcześniej podnosząc z podłogi tacę i talerz, które po drodze wrzuciłam do pojemnika. Gdy dotarłam nareszcie do stolika, Paul już kończył jeść. Jednak na długo nie zostałam sama. Po chwili dosiadło się do mnie czterech chłopaków.

,,Bred, Steven, John, Tom” przedstawił ich ten siedzący naprzeciwko mnie, o imieniu Bred.

,,Ted” odparłam, próbując  się im nie przyglądać.

Czułam, że musze unikać wszelkich kontaktów. Bałam się, że dopasowanie mnie do płci przeciwnej będzie dla nich zbyt łatwe.

,,To Ciebie przywiózł Jake i musi trenować?” spytał John.

,,Yhy” przyznałam, przeżuwając powoli.

,,Musisz uważać na takie akcja jak ta wcześniej. Ten facet to Rodger. Jest niebezpieczny, cholernie silny i bezwzględny. Taką drobinkę jak Ty, połamałby jedną ręka” uprzedził mnie Tom.

Wszyscy wyglądali bardzo przyjaźnie. Gdyby nie okoliczności, zapewne chciałabym się z nimi bliżej poznać.

,,Steven, czy on Ci kogoś nie przypomina?” spytał John, a mnie oblał zimny pot.

,,Dzięki za towarzystwo” powiedziałam jak najniższym głosem i wstałam od stołu, ale powstrzymała mnie silna ręką siedzącego obok mnie Toma.

,,Uważaj na siebie mała” wyszeptał i wrócił do jedzenie. 

sobota, 17 lipca 2021

Prolog

 Chwyciłam za broń aby ci pomóc, aby cie ochronić. 

Nie mogłam patrzeć, jak wybiegasz z naładowaną bronią, aby samemu stawić im czoło.

Jeśli trzeba zasłonie cie własną piersią, będę walczyła u twego boku, aż do końca. 

Jeśli trzeba będę żołnierzem, twoim aniołem z karabinem.

Osłaniam twoje tyły, jestem zaraz obok. 

Nie odwracaj się gdy usłyszysz strzał. 

Kiedy idzie się na wojnę trzeba wiedzieć za co się walczy. 

A ja walczę za ciebie.


Rozdział 2

  ,,Czy jest możliwe, żeby znał mnie ktoś jeszcze poza Tobą?” spytałam Jake’a, gdy on obserwował jak uderzam w worek treningowy, który stał ...