Spojrzałam na swoje poranione dłonie, bród pod paznokciami i westchnęłam ciężko. Wracając z fabryki jak co dzień, wśród tłumu ludzi, myślałam tylko o przeraźliwym bólu stóp i zmęczeniu rąk. Każdy krok wydawał się cierpieniem, czułam jakbym chodziła po rozżarzonych węglach. Gdy moim oczom nareszcie ukazał się dom, odetchnęłam z ulgą. Otworzyłam drzwi i zamknęłam je jak najciszej, niepewna czy dzieciaki nie będą już spały. Pierwsze co poczułam gdy ruszyłam w głąb domu, to przyjemny zapach świeżo pieczonych bułek, które mama piekła raz w tygodniu, aby w porównaniu do reszty mieszkańców miasteczka zaoszczędzić na pieczywie.
„Jak się czujesz
kochanie?” spytała mama obserwując mnie, gdy po cichu zajęłam miejsce przy
stole.
„Dobrze mamo” uśmiechnęłam
się, próbując nie pokazać jej jak bardzo zmęczona i obolała jestem. Ale po jej
minie widziałam, że ona wie.
„Kochanie tak bardzo
się dla nas poświęcasz odkąd taty nie ma. Powinnaś korzystać z najlepszych lat
życia, ze swojej młodości, a w zamian utrzymujesz całą naszą piątkę”
„Nie przejmuj się
mamo” odparłam kładąc dłoń na jej leżącą na blacie.
Gdy tak rozmawiałyśmy
nagle światło reflektorów padło na nasze kuchenne okno i dało się słyszeć ryk
silników.
„Idź do dzieci mamo”
poprosiłam gdy usłyszałam jak jedno z aut parkuje na żwirowej drodze przed
naszym domem.
„Kochanie...”zaczęła
mama, ale przerwałam jej.
„Idź i pod żadnym
pozorem nie wychodź. Choćby nie wiem co się działo” poprosiłam i obserwowałam
jak patrząc na mnie smutnym i przerażonym wzrokiem moja rodzicielka zamyka
drzwi.
Gdy moich uszu doszło
donośne pukanie ruszyłam w stronę drzwi. Uchyliłam je delikatnie i moim oczom
ukazał się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, uzbrojony właściwie po same
zęby, trzymający w dłoniach naładowany karabin. Zapewne zastanawiacie się co
się działo, a więc zacznę od początku. Mam na imię Clarisa Holland. Mieszkam na
pochmurnym, północno-wschodnim wybrzeży Ameryki Północnej, w małym miasteczku.
Moi rodzice wywodzili się z biedoty, lecz ojcu udało dostać się do wojska,
gdzie został dowódcą jednego z oddziałów. W armii nie wspominał nic o swojej
rodzinie, tak więc nikt poza jego najbliższymi współpracownikami nawet nie
wiedział o naszym istnieniu. Gdy półtorej roku temu wyruszył na misje, czułyśmy
z mamą, że coś się stanie. Ojciec nigdy nie wrócił z tej misji. I wtedy, jako
że w domu zostałam tylko ja, mama, pięcioletnie bliźniaczki Zafrina i Jackie
oraz wtedy zaledwie dwumiesięczny Toby, postanowiłam zrobić to o co zawsze
prosił mnie ojciec i zająć się rodzinom. Odkąd pamiętam powtarzał mi, że jeśli
jego zabraknie to muszę mu obiecać, że nie pozwolę głodować mamie i rodzeństwu.
Gdy zginął miałam szesnaście lat, więc mogłam się już zatrudnić w fabryce broni
dla naszego wojska. Właścicielem był stary przyjaciel ojca, który zawsze
dorzucał mi kilka dodatkowych groszy do cotygodniowej wypłaty. Mieszkałyśmy w
biednej części miasteczka, więc wojsko nigdy nie przyjeżdżało do nas w
poszukiwaniu rekrutów. Ludzi z moich okolic nazywali ,,niezaciągalnymi”. Gdy
już się tutaj pojawiali zabierali ze sobą najsilniejszych chłopców i mężczyzn,
bezlitośnie wyszarpując ich z domu. Gdy otworzyłam drzwi temu żołnierzowi,
nigdy nie spodziewałam się takiego a nie innego obrotu spraw.
„Czy w domu jest jakiś
mężczyzna?” spytał wpychając mnie delikatnie do środka i zaczął się rozglądać,
lustrując wzrokiem wszystkie pomieszczenia po drodze.
„Nie ma. Tata zmarł
półtorej roku temu” odparłam.
„Nie masz brata?”
dopytywał, przyglądając mi się uważnie.
„Mam” powiedziałam
szczerze, a jego oczy rozbłysły „Ale nie ma jeszcze dwóch lat” dodałam po
chwili, zauważając jak uśmiech znika z jego twarzy.
„A ty ile masz lat?”
„Osiemnaście”
„Musisz mi wystarczyć”
warknął i chwytając mocno moje ramie pociągnął mnie w stronę wyjścia.
„Co Pan wyprawia?!” krzyknęłam,
próbując się wyrwać, ale on oczywiście był o wiele silniejszy.
„Nie odzywaj się
dopóki Ci nie pozwolę, nie podnoś głowy, nie patrz na nikogo” powiedział pół
szeptem kierując się w stronę wozu.
Kierowca widząc nas
odpalił od razu silnik. Żołnierz wepchnął mnie na pakę wozu, wskakując od razu
za mną. Ostatnie co zobaczyłam zanim mój dom zniknął mi z oczu, to przerażoną
mamę wybiegając na podjazd, trzymając w ramionach Toby'ego.
„Proszę mi wytłumaczyć
co tutaj się dzieje” warknęłam w stronę żołnierza.
„Potrzebujemy ludzi do
wojska, a tu byłaś moim ostatnim kołem ratunkowym” powiedział i ściągnął maskę
zasłaniająca mu twarz. Moim oczom ukazał się przystojny mężczyzna, znacznie
młodszy niż mógłby na to wskazywać jego głos.
„Ale ja jestem
dziewczynom. Do wojska mogą iść tylko mężczyźni” odparłam, zastanawiając się
czy nie jest on jakimś szaleńcem.
„Zdaje sobie z tego
doskonale sprawę. Jednak Twoje krótkie włosy oraz brak...”zaczął zjeżdżając
wzrokiem na moją klatkę piersiową. Nie wytrzymałam i zanim zdążyłam się
powstrzymać uderzyłam go w twarz. Mężczyzna zszokowany spojrzał na mnie, a w
jego oczach zobaczyłam iskierki złości.
„Będzie łatwo
przekonać wszystkich, że jesteś chłopakiem. Jednak o wyjątkowo kobiecej
urodzie. Jeśli to się wyda zabiją nas oboje, więc nie spaparaj tego” rzucił i
wyskoczył z auta gdy zatrzymaliśmy się przy kolejnym domu. Już po kilku
minutach wrócił, wpychając z całej siły na pakę chłopaka, którego pamiętałam z
podstawówki. Jego twarz świeciła od łez, a gdy zwinął się w kącie, podkurczając
nogi dalej cicho pochlipywał.
„Do bazy” rzucił do
kierowcy przez małe okienko i sam usiadł z samego tyłu wozu, żeby mieć pewność,
że żadne z naszej dwójki nie będzie chciało wyskoczyć z wozu.
„Clari?” usłyszałam
cichy głos. Tak cichy, że nie dosięgnął uszu żołnierza, a przynajmniej tak mi
się wydawało. Usiadłam bliżej chłopaka, tak aby móc zamienić z nim kilka
szybkich słów.
„Co Ty tutaj robisz?”
„Wyciągnął mnie siłą z
domu. Jest przekonany, że mogę udawać chłopaka. Czy ja przypominam mu Mulan, albo
coś?” spytałam, czym udało mi się wywołać u Paul'a (bo tak brzmiało jego imię,
które dzięki Bogu przypomniało mi się w tym momencie) chociaż cień uśmiechu.
„Nie możesz dać się
zabić Clari”
„Wiem” odparłam
opierając głowę o ścianę wozu „Ale ja nie martwię się o siebie, tylko o mamę i
dzieciaki, które zostały teraz bez pieniędzy”
„Nimi się nie
przejmuj, wszyscy im pomogą gdy się dowiedzą co się stało” próbował mnie
pocieszyć, kładąc dłoń na moje przedramię.
„Mam nadzieję, że nie
zostaną same, bo nigdy nie będę mogła sobie tego wybaczyć” przyznałam i
spojrzałam na plecy żołnierza, który spoglądał na masę jadących za nami w
sznurku aut. Czułam do niego tak niesamowitą wrogość, nienawiść, świadomość, że
jest jedyną osoba na tej ziemi, której nigdy nie polubię i której nigdy nie
wybaczę.
„Zaraz będziemy na
miejscu” odparł nawet na nas nie patrząc i gdy auto się zatrzymało on wyskoczył
na ziemie, po czym spojrzał na nas wyczekująco.
„Pamiętaj, że nie
możesz dać się zdemaskować” szepnął gdy przechodziłam obok niego. To wszystko
mogłoby się wydawać absurdalne, ale było łatwo mi udawać chłopaka. Miałam
bardzo krótko ścięte włosy, ze względów bezpieczeństwa w fabryce, byłam raczej
chuda i pozbawiona kobiecych kształtów. Wmówienie komuś, że jestem chłopakiem o
wyjątkowo kobiecej urodzie, było banalnie proste.
„Ustawić się w
szeregu!” wrzasnął ktoś przy moich uchu tak głośno, że aż podskoczyłam.
Ruszyłam truchtem za całą resztą, na sam środek błotnistego placu. Gdy biegłam
do moich oczu cisnęły się łzy. Z jednej strony przerażenia, złości, nienawiści,
drugiej niesamowitego bólu jaki przeszywał moje stopy. Stanęłam ramie w ramie z
jakimś barczystym chłopakiem, a zaraz obok mnie stanął Paul. Krok za nami
zatrzymał się nasz oprawca, z poważną miną. Nagle wszyscy żołnierze zasalutowali,
co w pośpiechu zaczęliśmy robić również my. W stronę głównego placu zmierzał
generał, z grupą dowódców, którzy dokładnie się nam przyglądali.
„Kiedy do Ciebie
podejdą przedstaw się imieniem Ted, głośno i wyraźnie” doszedł moich uszu cichy
głos żołnierza. Delikatne kiwnęłam głową żeby dać mu znak, że zrozumiałam i
obserwowałam każdy krok generała.
„Dziewczyna” nagle
rozniósł się szept. Poczułam mocny ścisk w żołądku i mdłości. Po chwili jedyny
dźwięk jaki wypełnił moje uszy to wystrzał broni, a następnie przerażająca i
trwająca stanowczo za długo cisza. Moje dłonie zaczęły się trząść. Gdy tak
próbowałam nie zemdleć, analizując każdy centymetr znajdującego się przede mną
budynku, widok zasłonił mi wysoki i krągły mężczyzna.
„Imie” powiedział
patrząc na mnie.
„Ted Generale”
odpowiedziałam pewnym i donośnym głosem salutując. Mój ojciec kiedyś nauczył
mnie salutować, po tym jak zadręczałam go przez tydzień.
„Chuchro z Ciebie”
odparł obchodząc mnie dookoła i gdy znów stał przede mną spojrzał na żołnierza,
który mnie tutaj przywiózł.
„Jake” westchnął „On
nie poradzi sobie na treningach, będziesz się nim musiał zająć osobiście. Wiesz
jak ostatnio skończyło takie chuchro na normalnych treningach”
„Zdaje sobie z tego
sprawę generale i przejmę całą odpowiedzialność za tego szeregowego” powiedział
do teraz bezimienny żołnierz, który nareszcie dzięki generałowi zyskał imię.
„To zabierz go już
stąd” machnął rękę i poszedł dalej.
Jake chwycił mnie
mocno pod ramie i ruszył w stronę jednego z największych budynków, który
znajdował się po naszej prawej stronie. Wepchnął mnie do jednego z pokoi i
zamknął drzwi.
„Usiądź” powiedział
wyjątkowo spokojnym i miłym głosem. Zrobiłam to o co prosił nie spuszczając z
niego wzroku.
Moje dłonie nadal
trzęsły się ze strachu, szoku, stresu, ale już po chwili zorientowałam się, że
nie tylko one się trzęsły, ale całe moje ciało. Czułam jak zawartość mojego
żołądka podchodzi mi do gardła, a ja usilnie próbowałam to wszystko
powstrzymać.
,,Będziesz rzygać czy
zemdlejesz?” spytał żołnierz, kucając przede mną.
,,Żadne. Chyba”
wydukałam, oddychając głośno.
,,Posłuchaj mnie, wiem
kim jesteś, nie wybrałem Cię bez powodu. Nie jesteś zwykłą dziewczyną z
przedmieścia. Jesteś córką kapitana Hollanda, mojego dowódcy. W trakcie naszej
ostatniej misji, jego ostatniej misji, obiecałem mu, że jeśli cokolwiek mu się
stanie zaopiekuje się Tobą, że będę Cię chronił” mówił, chwytając moje obie
dłonie.
,,I właśnie dlatego
zaciągnąłeś mnie tutaj? Wiedząc, że gdy tylko odkryją, że jestem dziewczyną to
mnie zabiją?”
,,Nie tkną Cię. Całe
wojsko wie kim jesteś. Kiedy tylko się wyda, nikt nie tknie Cię palcem. Tutaj
będziesz miała wszystko czego Ci trzeba…”mówił, ale mu przerwałam.
,,Zostawiłam tam mamę,
samą z trójką małych dzieci. To ja ich utrzymywałam rozumiesz!” krzyczałam
czując jak po moich policzkach leją się łzy ,,Tylko dzięki mnie miały co włożyć
do garnka, tylko dzięki mnie nie umarły z głodu. A teraz zostały same.
Całkowicie same”
,,Ludzie kochali
twojego ojca. Zarówno w wojsku jak i w waszym sąsiedztwie. Gdy się dowiedzą co
się stało, wszyscy im pomogą”
,,Jestem pewna, że nie
o to chodziło ojcu, kiedy prosił Cię żebyś się nami zajął”
,,Wiem, że ciężko Ci
zrozumieć to co się stało, ale proszę żebyś położyła się spać, odpoczęła. Jutro
gdy wypoczniesz, może inaczej na to wszystko spojrzysz” powiedział, po czym
podniósł się i rzucił w moją stronę koszulkę, która oczywiście będzie na mnie
wisiała.
Po szybkim prysznicu,
wróciłam szybko do łóżka i zakryłam się cała kołdrą. Mówiąc cała, mam na myśli
to, że zakryłam nawet głowę. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy, zapewnienia z
jego strony. Sam jego widok, przyprawiał mnie o taką złość. Byłam przekonana,
że tej nocy nie będę w stanie zasnąć. Jednak odpłynęłam znacznie szybciej niż
się spodziewałam. Jednak ta noc nie należała do spokojnych. Już po kilku
godzinach obudziłam się, spoglądając przez okno na koszary, które wciąż
spowijał mrok. Jedynym źródłem światła, był bardzo mocno świecący księżyc.
Odwróciła się na drugi bok, aby spojrzeć wprost na śpiącego na materacu na
ziemi Jake’a. Mężczyzna oddychał spokojnie, śpiąc bezruchu. Przez kolejne kilka
godzin przewracałam się z boku na bok, licząc na chociaż godzinkę snu więcej.
Ale marne były moje nadzieje. Tej nocy nie było mi już dane spać, ani sekundę
więcej. Martwiłam się i rozmyślałam, co zawsze kradło mi sen z powiek. Gdy tak
leżałam, próbując myśleć o tym, jak cudownie mama sobie ze wszystkim poradzi,
usłyszałam trąbkę.
,,Poranne biegi. Ty
nie musisz wstawać. Możesz iść dalej spać” usłyszałam senny głoś Jake’a.
,,Potrzebuje się
trochę przewietrzyć” odparłam podnosząc się.
Czułam powoli
nadchodzący atak paniki. Nie zdarzały się one już od dobrych kilku lat, jednak
chyba nadszedł czas na ich niechciany powrót.
,,Wyjdziemy potem”
odparł Jake, przewracając się na drugi bok.
,,Ale ja muszę”
wyszeptałam, płaczliwym głosem.
,,Nie wkurzaj mnie”
powiedział, ale po chwili zaalarmował go mój głośny oddech ,,Ataki paniki?”
spytał.
,,Zdarzały się”
wydyszałam.
Jake szybko się
podniósł i położył dłonie na moje ramiona.
,,Oddychaj głęboko.
Teraz wstaniesz, ubierzesz się w leżące na tamtym krześle ubrania i pójdziemy
pobiegać” mówił do mnie spokojnym i opanowanym głosem.
Zaczęłam powoli
wykonywać jego polecenia, obserwując uważnie otoczenie, mając nadzieje, że to
pozwoli mi się opanować. Gdy byłam gotowa wybiegliśmy przed budynek, ruszając
powolnym truchtem. Znałam dokładnie całe otoczenie koszar z opowieści mojego
taty, które opowiadał mi do snu, w trakcie tych niewielu dni, gdy przebywał z
nami w domu. Biegłam oddychając głęboko, czując pot spływający po moim ciele,
ale właśnie tego potrzebowałam. Wysiłek fizyczny pomagał mi zapomnieć, odciąć
się od wszystkiego. Dawał mi wytchnienie, tak utęsknione.
,,Lepiej?” spytał
Jake, gdy zatrzymałam się, opierając dłonie o zgięte kolana.
,,O wiele.
Przepraszam, to nie wydarzyło się już od dobrych 4 lat” odpowiedziałam.
,,Nie przepraszaj
mnie. Ja też je czasem miewam. Choroba zawodowa” powiedział, a ja prychnęłam,
uśmiechając się delikatnie.
Nie mówiąc już nic więcej
ruszyłam truchcikiem z powrotem do budynku, prosto do pokoju Jake’a. Po szybkim
prysznicy, ubrałam się w przygotowane przez mężczyznę ubrania i skierowałam
swoje kroki na stołówkę, do której zmierzali wszyscy. W tłumie wypatrzyłam
Paula i podeszłam do niego zdecydowanym krokiem.
,,Cl…” zaczął, ale mu
przerwałam.
,,Ted” powiedziałam,
przyglądając się mu.
Paul wyglądał na
bardzo zmęczonego. Pochodził z dość bogatej rodziny. Jego ojciec był
handlarzem, więc nigdy niczego im nie brakowało. Dłonie Paul’a nigdy nie
zaznały pracy, nie wiedział co to jest wysiłek fizyczny. Według plotek jakie
były rozsiewane po całym miasteczku, przygotowywał się do egzaminu na studia
naukowe. Będąc szczera muszę przyznać, że jest ostatnią osobą, której
spodziewałabym się w wojsku. Chwyciłam do rąk tacę z podejrzanie wyglądającym
jedzeniem i powoli ruszyłam za chłopakiem do stolika. Nie przeszłam jednak
wiele, gdy ktoś wpadł prosto na mnie. Poczułam jak tracę równowagę i upadam na
podłogę. Cała zawartość tacy wylądowała na moich ubraniach, a ja westchnęłam
głośno. Podniosłam się i stanęłam oko w oko, z dość dobrze zbudowanym
chłopakiem, który łypał na mnie wściekle.
,,Patrz jak łazisz”
warknęłam i przeszłam obok niego, uderzając go barkiem.
Nie wiem co mnie podkusiło.
W porównaniu do niego, ja byłam drobniutka, na tyle, że mocniejszy powiew
wiatru mógł mnie powalić. Jednak swoje w życiu przetrenowałam z tatą, więc
podstawy obrony znałam. Mimo wszystko wiedziałam, że one nic mi nie dadzą.
,,To wojsko całkowicie
schodzi na psy” powiedział za mną.
Odwróciłam się i
spojrzałam na niego wściekle. Już miałam coś powiedzieć, gdy wyrósł przede mną
Jake.
,,Rozejść się!”
wrzasnął.
Cały tłum gapiów
zniknął równie szybko jak się pojawił.
,,Oszalałaś?” warknął
po cichu ,,Życie Ci niemiłe?”
Nie powiedziałam nic,
tylko wróciłam do kolejki po jedzenie, wcześniej podnosząc z podłogi tacę i
talerz, które po drodze wrzuciłam do pojemnika. Gdy dotarłam nareszcie do
stolika, Paul już kończył jeść. Jednak na długo nie zostałam sama. Po chwili
dosiadło się do mnie czterech chłopaków.
,,Bred, Steven, John,
Tom” przedstawił ich ten siedzący naprzeciwko mnie, o imieniu Bred.
,,Ted” odparłam,
próbując się im nie przyglądać.
Czułam, że musze
unikać wszelkich kontaktów. Bałam się, że dopasowanie mnie do płci przeciwnej
będzie dla nich zbyt łatwe.
,,To Ciebie przywiózł
Jake i musi trenować?” spytał John.
,,Yhy” przyznałam,
przeżuwając powoli.
,,Musisz uważać na
takie akcja jak ta wcześniej. Ten facet to Rodger. Jest niebezpieczny, cholernie
silny i bezwzględny. Taką drobinkę jak Ty, połamałby jedną ręka” uprzedził mnie
Tom.
Wszyscy wyglądali
bardzo przyjaźnie. Gdyby nie okoliczności, zapewne chciałabym się z nimi bliżej
poznać.
,,Steven, czy on Ci
kogoś nie przypomina?” spytał John, a mnie oblał zimny pot.
,,Dzięki za
towarzystwo” powiedziałam jak najniższym głosem i wstałam od stołu, ale
powstrzymała mnie silna ręką siedzącego obok mnie Toma.
,,Uważaj na siebie
mała” wyszeptał i wrócił do jedzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz