środa, 21 lipca 2021

Rozdział 1

Spojrzałam na swoje poranione dłonie, bród pod paznokciami i westchnęłam ciężko. Wracając z fabryki jak co dzień, wśród tłumu ludzi, myślałam tylko o przeraźliwym bólu stóp i zmęczeniu rąk. Każdy krok wydawał się cierpieniem, czułam jakbym chodziła po rozżarzonych węglach. Gdy moim oczom nareszcie ukazał się dom, odetchnęłam z ulgą. Otworzyłam drzwi i zamknęłam je jak najciszej, niepewna czy dzieciaki nie będą już spały. Pierwsze co poczułam gdy ruszyłam w głąb domu, to przyjemny zapach świeżo pieczonych bułek, które mama piekła raz w tygodniu, aby w porównaniu do reszty mieszkańców miasteczka zaoszczędzić na pieczywie.

„Jak się czujesz kochanie?” spytała mama obserwując mnie, gdy po cichu zajęłam miejsce przy stole.

„Dobrze mamo” uśmiechnęłam się, próbując nie pokazać jej jak bardzo zmęczona i obolała jestem. Ale po jej minie widziałam, że ona wie.

„Kochanie tak bardzo się dla nas poświęcasz odkąd taty nie ma. Powinnaś korzystać z najlepszych lat życia, ze swojej młodości, a w zamian utrzymujesz całą naszą piątkę”

„Nie przejmuj się mamo” odparłam kładąc dłoń na jej leżącą na blacie.

Gdy tak rozmawiałyśmy nagle światło reflektorów padło na nasze kuchenne okno i dało się słyszeć ryk silników.

„Idź do dzieci mamo” poprosiłam gdy usłyszałam jak jedno z aut parkuje na żwirowej drodze przed naszym domem.

„Kochanie...”zaczęła mama, ale przerwałam jej.

„Idź i pod żadnym pozorem nie wychodź. Choćby nie wiem co się działo” poprosiłam i obserwowałam jak patrząc na mnie smutnym i przerażonym wzrokiem moja rodzicielka zamyka drzwi.

Gdy moich uszu doszło donośne pukanie ruszyłam w stronę drzwi. Uchyliłam je delikatnie i moim oczom ukazał się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, uzbrojony właściwie po same zęby, trzymający w dłoniach naładowany karabin. Zapewne zastanawiacie się co się działo, a więc zacznę od początku. Mam na imię Clarisa Holland. Mieszkam na pochmurnym, północno-wschodnim wybrzeży Ameryki Północnej, w małym miasteczku. Moi rodzice wywodzili się z biedoty, lecz ojcu udało dostać się do wojska, gdzie został dowódcą jednego z oddziałów. W armii nie wspominał nic o swojej rodzinie, tak więc nikt poza jego najbliższymi współpracownikami nawet nie wiedział o naszym istnieniu. Gdy półtorej roku temu wyruszył na misje, czułyśmy z mamą, że coś się stanie. Ojciec nigdy nie wrócił z tej misji. I wtedy, jako że w domu zostałam tylko ja, mama, pięcioletnie bliźniaczki Zafrina i Jackie oraz wtedy zaledwie dwumiesięczny Toby, postanowiłam zrobić to o co zawsze prosił mnie ojciec i zająć się rodzinom. Odkąd pamiętam powtarzał mi, że jeśli jego zabraknie to muszę mu obiecać, że nie pozwolę głodować mamie i rodzeństwu. Gdy zginął miałam szesnaście lat, więc mogłam się już zatrudnić w fabryce broni dla naszego wojska. Właścicielem był stary przyjaciel ojca, który zawsze dorzucał mi kilka dodatkowych groszy do cotygodniowej wypłaty. Mieszkałyśmy w biednej części miasteczka, więc wojsko nigdy nie przyjeżdżało do nas w poszukiwaniu rekrutów. Ludzi z moich okolic nazywali ,,niezaciągalnymi”. Gdy już się tutaj pojawiali zabierali ze sobą najsilniejszych chłopców i mężczyzn, bezlitośnie wyszarpując ich z domu. Gdy otworzyłam drzwi temu żołnierzowi, nigdy nie spodziewałam się takiego a nie innego obrotu spraw.

„Czy w domu jest jakiś mężczyzna?” spytał wpychając mnie delikatnie do środka i zaczął się rozglądać, lustrując wzrokiem wszystkie pomieszczenia po drodze.

„Nie ma. Tata zmarł półtorej roku temu” odparłam.

„Nie masz brata?” dopytywał, przyglądając mi się uważnie.

„Mam” powiedziałam szczerze, a jego oczy rozbłysły „Ale nie ma jeszcze dwóch lat” dodałam po chwili, zauważając jak uśmiech znika z jego twarzy.

„A ty ile masz lat?”

„Osiemnaście”

„Musisz mi wystarczyć” warknął i chwytając mocno moje ramie pociągnął mnie w stronę wyjścia.

„Co Pan wyprawia?!” krzyknęłam, próbując się wyrwać, ale on oczywiście był o wiele silniejszy.

„Nie odzywaj się dopóki Ci nie pozwolę, nie podnoś głowy, nie patrz na nikogo” powiedział pół szeptem kierując się w stronę wozu.

Kierowca widząc nas odpalił od razu silnik. Żołnierz wepchnął mnie na pakę wozu, wskakując od razu za mną. Ostatnie co zobaczyłam zanim mój dom zniknął mi z oczu, to przerażoną mamę wybiegając na podjazd, trzymając w ramionach Toby'ego.

„Proszę mi wytłumaczyć co tutaj się dzieje” warknęłam w stronę żołnierza.

„Potrzebujemy ludzi do wojska, a tu byłaś moim ostatnim kołem ratunkowym” powiedział i ściągnął maskę zasłaniająca mu twarz. Moim oczom ukazał się przystojny mężczyzna, znacznie młodszy niż mógłby na to wskazywać jego głos.

„Ale ja jestem dziewczynom. Do wojska mogą iść tylko mężczyźni” odparłam, zastanawiając się czy nie jest on jakimś szaleńcem.

„Zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Jednak Twoje krótkie włosy oraz brak...”zaczął zjeżdżając wzrokiem na moją klatkę piersiową. Nie wytrzymałam i zanim zdążyłam się powstrzymać uderzyłam go w twarz. Mężczyzna zszokowany spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam iskierki złości.

„Będzie łatwo przekonać wszystkich, że jesteś chłopakiem. Jednak o wyjątkowo kobiecej urodzie. Jeśli to się wyda zabiją nas oboje, więc nie spaparaj tego” rzucił i wyskoczył z auta gdy zatrzymaliśmy się przy kolejnym domu. Już po kilku minutach wrócił, wpychając z całej siły na pakę chłopaka, którego pamiętałam z podstawówki. Jego twarz świeciła od łez, a gdy zwinął się w kącie, podkurczając nogi dalej cicho pochlipywał.

„Do bazy” rzucił do kierowcy przez małe okienko i sam usiadł z samego tyłu wozu, żeby mieć pewność, że żadne z naszej dwójki nie będzie chciało wyskoczyć z wozu.

„Clari?” usłyszałam cichy głos. Tak cichy, że nie dosięgnął uszu żołnierza, a przynajmniej tak mi się wydawało. Usiadłam bliżej chłopaka, tak aby móc zamienić z nim kilka szybkich słów.

„Co Ty tutaj robisz?”

„Wyciągnął mnie siłą z domu. Jest przekonany, że mogę udawać chłopaka. Czy ja przypominam mu Mulan, albo coś?” spytałam, czym udało mi się wywołać u Paul'a (bo tak brzmiało jego imię, które dzięki Bogu przypomniało mi się w tym momencie) chociaż cień uśmiechu.

„Nie możesz dać się zabić Clari”

„Wiem” odparłam opierając głowę o ścianę wozu „Ale ja nie martwię się o siebie, tylko o mamę i dzieciaki, które zostały teraz bez pieniędzy”

„Nimi się nie przejmuj, wszyscy im pomogą gdy się dowiedzą co się stało” próbował mnie pocieszyć, kładąc dłoń na moje przedramię.

„Mam nadzieję, że nie zostaną same, bo nigdy nie będę mogła sobie tego wybaczyć” przyznałam i spojrzałam na plecy żołnierza, który spoglądał na masę jadących za nami w sznurku aut. Czułam do niego tak niesamowitą wrogość, nienawiść, świadomość, że jest jedyną osoba na tej ziemi, której nigdy nie polubię i której nigdy nie wybaczę.

„Zaraz będziemy na miejscu” odparł nawet na nas nie patrząc i gdy auto się zatrzymało on wyskoczył na ziemie, po czym spojrzał na nas wyczekująco.

„Pamiętaj, że nie możesz dać się zdemaskować” szepnął gdy przechodziłam obok niego. To wszystko mogłoby się wydawać absurdalne, ale było łatwo mi udawać chłopaka. Miałam bardzo krótko ścięte włosy, ze względów bezpieczeństwa w fabryce, byłam raczej chuda i pozbawiona kobiecych kształtów. Wmówienie komuś, że jestem chłopakiem o wyjątkowo kobiecej urodzie, było banalnie proste.

„Ustawić się w szeregu!” wrzasnął ktoś przy moich uchu tak głośno, że aż podskoczyłam. Ruszyłam truchtem za całą resztą, na sam środek błotnistego placu. Gdy biegłam do moich oczu cisnęły się łzy. Z jednej strony przerażenia, złości, nienawiści, drugiej niesamowitego bólu jaki przeszywał moje stopy. Stanęłam ramie w ramie z jakimś barczystym chłopakiem, a zaraz obok mnie stanął Paul. Krok za nami zatrzymał się nasz oprawca, z poważną miną. Nagle wszyscy żołnierze zasalutowali, co w pośpiechu zaczęliśmy robić również my. W stronę głównego placu zmierzał generał, z grupą dowódców, którzy dokładnie się nam przyglądali.

„Kiedy do Ciebie podejdą przedstaw się imieniem Ted, głośno i wyraźnie” doszedł moich uszu cichy głos żołnierza. Delikatne kiwnęłam głową żeby dać mu znak, że zrozumiałam i obserwowałam każdy krok generała.

„Dziewczyna” nagle rozniósł się szept. Poczułam mocny ścisk w żołądku i mdłości. Po chwili jedyny dźwięk jaki wypełnił moje uszy to wystrzał broni, a następnie przerażająca i trwająca stanowczo za długo cisza. Moje dłonie zaczęły się trząść. Gdy tak próbowałam nie zemdleć, analizując każdy centymetr znajdującego się przede mną budynku, widok zasłonił mi wysoki i krągły mężczyzna.

„Imie” powiedział patrząc na mnie.

„Ted Generale” odpowiedziałam pewnym i donośnym głosem salutując. Mój ojciec kiedyś nauczył mnie salutować, po tym jak zadręczałam go przez tydzień.

„Chuchro z Ciebie” odparł obchodząc mnie dookoła i gdy znów stał przede mną spojrzał na żołnierza, który mnie tutaj przywiózł.

„Jake” westchnął „On nie poradzi sobie na treningach, będziesz się nim musiał zająć osobiście. Wiesz jak ostatnio skończyło takie chuchro na normalnych treningach”

„Zdaje sobie z tego sprawę generale i przejmę całą odpowiedzialność za tego szeregowego” powiedział do teraz bezimienny żołnierz, który nareszcie dzięki generałowi zyskał imię.

„To zabierz go już stąd” machnął rękę i poszedł dalej.

Jake chwycił mnie mocno pod ramie i ruszył w stronę jednego z największych budynków, który znajdował się po naszej prawej stronie. Wepchnął mnie do jednego z pokoi i zamknął drzwi.

„Usiądź” powiedział wyjątkowo spokojnym i miłym głosem. Zrobiłam to o co prosił nie spuszczając z niego wzroku.

Moje dłonie nadal trzęsły się ze strachu, szoku, stresu, ale już po chwili zorientowałam się, że nie tylko one się trzęsły, ale całe moje ciało. Czułam jak zawartość mojego żołądka podchodzi mi do gardła, a ja usilnie próbowałam to wszystko powstrzymać.

,,Będziesz rzygać czy zemdlejesz?” spytał żołnierz, kucając przede mną.

,,Żadne. Chyba” wydukałam, oddychając głośno.

,,Posłuchaj mnie, wiem kim jesteś, nie wybrałem Cię bez powodu. Nie jesteś zwykłą dziewczyną z przedmieścia. Jesteś córką kapitana Hollanda, mojego dowódcy. W trakcie naszej ostatniej misji, jego ostatniej misji, obiecałem mu, że jeśli cokolwiek mu się stanie zaopiekuje się Tobą, że będę Cię chronił” mówił, chwytając moje obie dłonie. 

,,I właśnie dlatego zaciągnąłeś mnie tutaj? Wiedząc, że gdy tylko odkryją, że jestem dziewczyną to mnie zabiją?”

,,Nie tkną Cię. Całe wojsko wie kim jesteś. Kiedy tylko się wyda, nikt nie tknie Cię palcem. Tutaj będziesz miała wszystko czego Ci trzeba…”mówił, ale mu przerwałam.

,,Zostawiłam tam mamę, samą z trójką małych dzieci. To ja ich utrzymywałam rozumiesz!” krzyczałam czując jak po moich policzkach leją się łzy ,,Tylko dzięki mnie miały co włożyć do garnka, tylko dzięki mnie nie umarły z głodu. A teraz zostały same. Całkowicie same”

,,Ludzie kochali twojego ojca. Zarówno w wojsku jak i w waszym sąsiedztwie. Gdy się dowiedzą co się stało, wszyscy im pomogą”

,,Jestem pewna, że nie o to chodziło ojcu, kiedy prosił Cię żebyś się nami zajął” 

,,Wiem, że ciężko Ci zrozumieć to co się stało, ale proszę żebyś położyła się spać, odpoczęła. Jutro gdy wypoczniesz, może inaczej na to wszystko spojrzysz” powiedział, po czym podniósł się i rzucił w moją stronę koszulkę, która oczywiście będzie na mnie wisiała.

Po szybkim prysznicu, wróciłam szybko do łóżka i zakryłam się cała kołdrą. Mówiąc cała, mam na myśli to, że zakryłam nawet głowę. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy, zapewnienia z jego strony. Sam jego widok, przyprawiał mnie o taką złość. Byłam przekonana, że tej nocy nie będę w stanie zasnąć. Jednak odpłynęłam znacznie szybciej niż się spodziewałam. Jednak ta noc nie należała do spokojnych. Już po kilku godzinach obudziłam się, spoglądając przez okno na koszary, które wciąż spowijał mrok. Jedynym źródłem światła, był bardzo mocno świecący księżyc. Odwróciła się na drugi bok, aby spojrzeć wprost na śpiącego na materacu na ziemi Jake’a. Mężczyzna oddychał spokojnie, śpiąc bezruchu. Przez kolejne kilka godzin przewracałam się z boku na bok, licząc na chociaż godzinkę snu więcej. Ale marne były moje nadzieje. Tej nocy nie było mi już dane spać, ani sekundę więcej. Martwiłam się i rozmyślałam, co zawsze kradło mi sen z powiek. Gdy tak leżałam, próbując myśleć o tym, jak cudownie mama sobie ze wszystkim poradzi, usłyszałam trąbkę.

,,Poranne biegi. Ty nie musisz wstawać. Możesz iść dalej spać” usłyszałam senny głoś Jake’a.

,,Potrzebuje się trochę przewietrzyć” odparłam podnosząc się.

Czułam powoli nadchodzący atak paniki. Nie zdarzały się one już od dobrych kilku lat, jednak chyba nadszedł czas na ich niechciany powrót.

,,Wyjdziemy potem” odparł Jake, przewracając się na drugi bok.

,,Ale ja muszę” wyszeptałam, płaczliwym głosem.

,,Nie wkurzaj mnie” powiedział, ale po chwili zaalarmował go mój głośny oddech ,,Ataki paniki?” spytał.

,,Zdarzały się” wydyszałam.

Jake szybko się podniósł i położył dłonie na moje ramiona.

,,Oddychaj głęboko. Teraz wstaniesz, ubierzesz się w leżące na tamtym krześle ubrania i pójdziemy pobiegać” mówił do mnie spokojnym i opanowanym głosem.

Zaczęłam powoli wykonywać jego polecenia, obserwując uważnie otoczenie, mając nadzieje, że to pozwoli mi się opanować. Gdy byłam gotowa wybiegliśmy przed budynek, ruszając powolnym truchtem. Znałam dokładnie całe otoczenie koszar z opowieści mojego taty, które opowiadał mi do snu, w trakcie tych niewielu dni, gdy przebywał z nami w domu. Biegłam oddychając głęboko, czując pot spływający po moim ciele, ale właśnie tego potrzebowałam. Wysiłek fizyczny pomagał mi zapomnieć, odciąć się od wszystkiego. Dawał mi wytchnienie, tak utęsknione.

,,Lepiej?” spytał Jake, gdy zatrzymałam się, opierając dłonie o zgięte kolana.

,,O wiele. Przepraszam, to nie wydarzyło się już od dobrych 4 lat” odpowiedziałam.

,,Nie przepraszaj mnie. Ja też je czasem miewam. Choroba zawodowa” powiedział, a ja prychnęłam, uśmiechając się delikatnie.

Nie mówiąc już nic więcej ruszyłam truchcikiem z powrotem do budynku, prosto do pokoju Jake’a. Po szybkim prysznicy, ubrałam się w przygotowane przez mężczyznę ubrania i skierowałam swoje kroki na stołówkę, do której zmierzali wszyscy. W tłumie wypatrzyłam Paula i podeszłam do niego zdecydowanym krokiem.

,,Cl…” zaczął, ale mu przerwałam.

,,Ted” powiedziałam, przyglądając się mu.

Paul wyglądał na bardzo zmęczonego. Pochodził z dość bogatej rodziny. Jego ojciec był handlarzem, więc nigdy niczego im nie brakowało. Dłonie Paul’a nigdy nie zaznały pracy, nie wiedział co to jest wysiłek fizyczny. Według plotek jakie były rozsiewane po całym miasteczku, przygotowywał się do egzaminu na studia naukowe. Będąc szczera muszę przyznać, że jest ostatnią osobą, której spodziewałabym się w wojsku. Chwyciłam do rąk tacę z podejrzanie wyglądającym jedzeniem i powoli ruszyłam za chłopakiem do stolika. Nie przeszłam jednak wiele, gdy ktoś wpadł prosto na mnie. Poczułam jak tracę równowagę i upadam na podłogę. Cała zawartość tacy wylądowała na moich ubraniach, a ja westchnęłam głośno. Podniosłam się i stanęłam oko w oko, z dość dobrze zbudowanym chłopakiem, który łypał na mnie wściekle.

,,Patrz jak łazisz” warknęłam i przeszłam obok niego, uderzając go barkiem.

Nie wiem co mnie podkusiło. W porównaniu do niego, ja byłam drobniutka, na tyle, że mocniejszy powiew wiatru mógł mnie powalić. Jednak swoje w życiu przetrenowałam z tatą, więc podstawy obrony znałam. Mimo wszystko wiedziałam, że one nic mi nie dadzą.

,,To wojsko całkowicie schodzi na psy” powiedział za mną.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego wściekle. Już miałam coś powiedzieć, gdy wyrósł przede mną Jake.

,,Rozejść się!” wrzasnął.

Cały tłum gapiów zniknął równie szybko jak się pojawił.

,,Oszalałaś?” warknął po cichu ,,Życie Ci niemiłe?”

Nie powiedziałam nic, tylko wróciłam do kolejki po jedzenie, wcześniej podnosząc z podłogi tacę i talerz, które po drodze wrzuciłam do pojemnika. Gdy dotarłam nareszcie do stolika, Paul już kończył jeść. Jednak na długo nie zostałam sama. Po chwili dosiadło się do mnie czterech chłopaków.

,,Bred, Steven, John, Tom” przedstawił ich ten siedzący naprzeciwko mnie, o imieniu Bred.

,,Ted” odparłam, próbując  się im nie przyglądać.

Czułam, że musze unikać wszelkich kontaktów. Bałam się, że dopasowanie mnie do płci przeciwnej będzie dla nich zbyt łatwe.

,,To Ciebie przywiózł Jake i musi trenować?” spytał John.

,,Yhy” przyznałam, przeżuwając powoli.

,,Musisz uważać na takie akcja jak ta wcześniej. Ten facet to Rodger. Jest niebezpieczny, cholernie silny i bezwzględny. Taką drobinkę jak Ty, połamałby jedną ręka” uprzedził mnie Tom.

Wszyscy wyglądali bardzo przyjaźnie. Gdyby nie okoliczności, zapewne chciałabym się z nimi bliżej poznać.

,,Steven, czy on Ci kogoś nie przypomina?” spytał John, a mnie oblał zimny pot.

,,Dzięki za towarzystwo” powiedziałam jak najniższym głosem i wstałam od stołu, ale powstrzymała mnie silna ręką siedzącego obok mnie Toma.

,,Uważaj na siebie mała” wyszeptał i wrócił do jedzenie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 2

  ,,Czy jest możliwe, żeby znał mnie ktoś jeszcze poza Tobą?” spytałam Jake’a, gdy on obserwował jak uderzam w worek treningowy, który stał ...